Krótka relacja Beaty Pawlikowskiej z wyprawy na Kubę.
Podobno na Kubie panuje polityczny reżim, bieda i rozpasana prostytucja. Ciekawe ilu tajnych agentów i prostytutek jest dookoła. Nie wyglądają na biednych. Noszą schludne, czyste ubrania, kobiety mają bransoletki i naszyjniki, nastolatki stroszą sobie włosy na mokry żel, a dzieci jak wszędzie na świecie bawią się zabawkami.
Nigdzie nie widziałam bezdomnych, nawet w najdalszych zakątkach starej Hawany, gdzie mężczyźni patrzyli na mnie spod zmrużonych powiek siedząc w progu z cygarem w ustach.
- Where you from? – pytali czasem miękką, łamaną odmianą angielszczyzny. – Skąd jesteś?
- Polonia – odpowiadałam krótko, nie zatrzymując się, żeby nie dać im pretekstu do rozmowy.
- No ingles? No ingles? – dopytywali się zdumieni. – Nie mówisz po angielsku?
- No, señor – mówiłam z uśmiechem i szłam dalej.
- A lubisz tańczyć? – zapytał nagle jeden z nich i stanął naprzeciwko, blokując sobą przejście.
- Lubię – odrzekłam uśmiechając się na pożegnanie. – Dziękuję. Do widzenia.
- A jak masz na imię? Ja jestem Julio – wyciągnął rękę. – Jestem bardzo szczęśliwy, że cię poznaję.
Nie było wyjścia. Musiałam stanąć, przyjąć wyciągniętą rękę i odpowiedzieć.
- To chodź dzisiaj na tańce – powiedział natychmiast.
- Nie, dziękuję, jutro rano wyjeżdżam z Hawany.
- Ale dzisiaj wieczorem możesz przyjść na tańce! – nalegał. – Mój zespół występuje tu niedaleko.
Był dziwnie natarczywy. Tak jakbyśmy spotkali się wcześniej i zawarli wstępną umowę, z której ja próbuję się teraz wycofać. Zatarasował sobą przejście i przysunął do mnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi. Pozostali Kubańczycy na ulicy nie zwracali na nas uwagi. W takich sytuacjach najlepiej jest zachować chłodny spokój i lekko przyjaznym tonem udawać z uśmiechem, że wszystko jest w porządku, ale „niestety muszę już iść, bo czeka na mnie…” ambasador, policjant, narzeczony lub inny równie zaangażowany mężczyzna. Rzuciłam mu krótkie spojrzenie.
- Grasz w zespole? – zapytałam.
- Gram na gitarze, w najlepszym klubie Starej Hawany, nazywa się Casa de Musica. A ty jesteś taka piękna!
Julio miał się chyba za wytrawnego hawańskiego podrywacza.
- Masz takie niebieskie oczy, takie niebieskie!… Jak nigdy w życiu nie widziałem!
„Nie tym razem, Julio” – pomyślałam, patrząc mu prosto w oczy. Młodzi Kubańczycy szybko proponują małżeństwa – pod warunkiem, że panna młoda posiada zagraniczny paszport.
– Być może spotkamy się kiedy znów przyjadę do Hawany. Wtedy przyjdę na koncert twojego zespołu – powiedziałam. – Do zobaczenia!
- A dokąd wyjeżdżasz? – zastąpił mi drogę.
- Do Santiago de Cuba – powiedziałam, wybierając najdalsze możliwe miasto, znajdujące się na dokładnie drugim końcu wyspy.
- Tam też dużo tańczą!
- Wiem – odparłam, robiąc znów dwa kroki do przodu i próbując go wyminąć. – Ale w Santiago de Cuba rytmy są bardziej afrykańskie niż tutaj.
- Och, i w dodatku jesteś inteligentna! – zawołał Julio.
- Si, señor – odparłam. – W moim kraju wszyscy są tacy. Miło było cię poznać, Julio, do zobaczenia.
Uścisnął mi obie ręce i zajrzał jeszcze raz głęboko w oczy. Wydał mi się wtedy zwykłym podrywaczem, gdybym jednak przyjrzała mu się uważniej i zwróciła uwagę na twarze innych Kubańczyków „przypadkiem” znajdujących się w pobliżu, być może dałoby mi to do myślenia. Na razie jednak z ulgą wyminęłam Julia i poszłam dalej przed siebie, wprost na hasło wymalowane na murze czarną farbą: Socialismo o muerte. Socjalizm albo śmierć.
więcej na www.beatapawlikowska.com